poniedziałek, 17 lipca 2017

Uzależnienia



Jest środek sezonu turystycznego w Polanicy Zdrój - czyli sezon na
"dajcie nam zjeść o każdej porze dnia i nocy-turyści",
 "chodźcie na piwo rano po wyjściu z pracy i wieczorem przed pracą- pracownicy gastro".

W kilku słowach praca w gastronomii w pełni sezonu jest ciężka, zwłaszcza przez  wymuskaną medialnie modę na piękne jedzenie, ogniste drinki i fit koktajle. Oby następną modą było estetyczne spawanie rurociągów, bo ludzie mają poprzewracane w głowach.
 Kilka przykładów? A proszę bardzo :

Przyjeżdża kobieta do hotelu i jest wegetarianką. Ok! Szykujemy piękne menu wege i jest cacy.  Następnego dnia Pani  jest już na diecie paelo (sic!) , a kolejnego okazuje się że ma cukrzycę i jest bezglutenowa (sic! sic!).  Fajnie być na diecie ale popadanie w takie skrajności to .... skrajność.

Kolejny przykład, facet, który je tylko majonez z cielęciną. Bez komentarza.

Krypto alkoholicy, fanaberzyści, zadymiarze, damy z depresjami i uzależnieniami, ważniacy, moraliści i kretyni. Przez trzynaście lat w gastronomi przerabia się tego w setkach.

Największym wyzwaniem w tym sajgonie osobowościowym jest faktyczne kochanie swojej pracy. Jak to nazwać? Masochizm? Męczennictwo? Uzależnienie? Cierpiętnictwo? Pracując w gastronomii przewinęło się kilka ksywek osób o specjalnych cechach, które świetnie sobie radziły w swojej pracy i z trudnymi klientami (gośćmi...niech będzie).

Pseudonim Jezus: chłopak  rozmnażał jedzenie na poczekaniu, robił coś z niczego i to dosłownie na każde skinienie nawet to najgłupsze typu "poproszę okrągłą rybkę". Szacun za cierpliwość. 

Pseudonim  Majster klepka : naprawiał wszystko! Od spalonego kurczaka ,okapy, radio po złamany nóż. Mało brakło , a odebrałby poród recepcjonistki . Genialny człowiek.

Pseudonim Zuzka: tak naprawdę Baśka ale pracowała w gastro bez zgody rodziców. Kochała swoją pracę , rzuciła studia i zaczęła karierę kulinarną. Nie do zdarcia.

Pseudonim Młody : gość po czterdziestce. Taki wieczny student, wiecznie na bani ale za jego Tort miodowy oddawało się napiwki!

Pseudonim Felek : do dziś nie wiem czy to był chłopak czy dziewczyna ale był tak rewelacyjnym barmanem, że wcisnąłby abstynentowi pół litra, a później odwiózł go do domu przy rytmach grzmiącej  Janis Joplin.

  Długo by wymieniać. Przez ostatni rok poznałam przynajmniej pięć osób które kochają swoją pracę. Są takimi gastro-nałogowcami , że nie mają życia prywatnego i już niedługo (a może to się już stało) dołączę do tego zacnego grona maniaków. Czy to dobrze? Gdybym miała wybierać: spokojna praca na zadupiu w recepcji, a ten bajzel , który przeżywam od kilku lat to czy odpowiedź ma jakiś sens?  Robię to co lubię choć czasem ponad swoje realne siły. Abstrakcyjne myślenie zawsze było moim konikiem (pozdrawiam Panią z matmy, która miała z tym problem), więc trzymam się wyznaczonego toku. Bycie kucharzem to nie podawanie dań, które ktoś wcześniej za nas przygotował i pokazanie w telewizji cycków , żeby lepiej się jadło. To mordęga, ból i upierdliwa baba z pokoju 505 . Jeśli ktoś myśli o tym zawodzie niech się zastanowi! Ma jeszcze szansę ucieczki!



Bycie uzależnionym od gastronomii ma wiele twarzy. To życie w pełnym biegu albo na bani...albo to i to. Ja jestem z tych w biegu. Nieustannie coś muszę robić, udoskonalać, wymyślać. 

Ale zdarzają się takie dni jak dziś, kiedy ponad swoje siły padam do wyra w asyście mnóstwa książek, wielkiego kubola herbaty i leżę....i nic nie chcę tylko sobie tak tkwić pod kocykiem. Takie dni to rzadkość zwłaszcza w tym okresie nazwanym przeze mnie roboczo "dajcie nam wszystko, teraz, zaraz, natychmiast, gdzie ten cholerny kelner, kucharz jest chyba pijany".

Gdyby te osoby, nasi szacowni goście stanęliby przy tych garach, blenderach, piecach, butelkach, w bajorze z wylanych zlewek albo rozwalonego piwa na którym jeździ się pół dnia bo nie ma kiedy posprzątać to może by się przez moment zastanowili , kto tu jest w gorszej sytuacji.
Ten post powstał w sumie z irytacji na hasło "klient nasz Pan" albo dosłownie cytuję "Płacę więc wymagam".

Pragnę sprostować. Jest XXI wiek, a nie ciemna dupa komunistyczna. Kucharz, kelner, barman, zmywakowa... pracują bardzo ciężko często z dala od swoich rodzin, żeby ktoś mógł miło spędzić swój czas wolny od pracy w gronie rodziny. Troszeczkę szacunku. Błędy się zdarzają to normalka w takim sajgonie , ale poniżenie jakiego często doświadczają pracownicy gastronomii nie może być rekompensatą dla cudzego nadęcia.  Może gdyby każdy jadł albo pił to co jest propozycją w karcie menu, a nie zmieniał frytki na ziemniaki, kasze na ryż, kotleta na marchewkę panierowaną to byłoby prościej.

Ale taki dzień jak dziś, z daleka od wszystkiego i wszystkich daje mi poczucie spokoju. Dobrze jest się organizować bez pressingu każdego kontaktu wzrokowego. Jeśli czyta to ktoś pracujący w gastronomii polecam! Zakopać się w wyrku i mieć wyjebkę. Choć przez tą krótką chwilę.

Ukłony
Katarzyna S.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za dodanie komentarza. Trafił on do sprawdzenia. Pojawi się na blogu niezwłocznie :)